piątek, 28 grudnia 2012

Worst day ever

 - Nie myśl. Nie myśl. NIE MYŚL!

Nie umiem! Staram się za wszelką cenę powstrzymać ten cholerny burzowy ocean myśli, tłukący falami o moją czaszkę, lecz co chwila odrobina paskudnej cieczy wkrada się do środka, powodując mdłości. Moim umysłem wstrząsają obrzydliwe torsje, wymiotuję wspomnieniami i przypuszczeniami, nie mogę złapać powietrza, krztuszę się szlochem.

Nabawiłam się potwornego bólu głowy, gorączki i prawdziwych nudności. 

W ciągu sześciu minut i czterdziestu sekund skreśliłam trzy lata życia. 

Wiem, że to mądra decyzja, wiem, że postąpiłam słusznie, wiem, że nie ma sensu ciągnąć czegoś, co nie ma przyszłości, czegoś, co od dłuższego czasu wykańczało mnie psychicznie. Nie można w nieskończoność udawać, że jest w porządku, grać wyrozumiałego luzaka, który nocami, mentalnie wydupczony, zgrzyta zębami tak mocno, że budzi się niezdolny do rozwarcia szczęki. Nie można bezwarunkowo ufać, że coś się zmieni, mieć nadzieję na szczęśliwe zakończenie, jeśli przez szmat czasu kompletnie nic nie zmieniło się ani o jotę, bo szczęśliwe zakończenia nie istnieją. I tak ostatecznie każdy zdechnie w samotności, znaczna większość dodatkowo nieszczęśliwa. 
Mimo słuszności mojego postępowania, dzisiaj siebie nienawidzę. Nienawidzę też całego życia za to, że prowokuje tak ohydne sytuacje, w których trzeba podjąć tak trudne i poważne decyzje, które przecież dotyczą też innych jednostek. Nienawidzę odpowiedzialności i relacji międzyludzkich. Nienawidzę bycia "tą złą". Nienawidzę tego, że istnieją zdarzenia, z których dobrego wyjścia nie ma i ktoś dostanie po dupie.
Ponoć wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna drugiego - GÓWNO PRAWDA. Jeśli wkraczasz w czyjeś życie, licz się z tym, że strefy waszych wolności nakładają się na siebie i każda Twoja decyzja wpływa na drugą osobę, na jej decyzje i wolę. 

Dziś nienawidzę absolutnie wszystkiego. Dziś jestem na "nie". Dziś czuję niesmak i obrzydzenie zamiast ulgi.

Mam tylko nadzieję, że za jakiś czas u nas obojga będzie okej. 

sobota, 22 grudnia 2012

WiecznieNiewyspanyCharlie

Późne wstawanie zmniejsza produktywność jeszcze bardziej niż chroniczny niedobór snu, co kończy się totalnym niezrozumieniem rzeczywistości i opóźnionym reagowaniem. Ale to nic nowego, powroty do domu na dłużej niż dwa dni zawsze kończą się u mnie spaniem do południa i hiperaktywnością nocną. Co prawda, odbija się to niekorzystnie na przygotowaniach do świąt, ale nie narzekam, bo noc sprzyja kreatywności, w związku z czym upiekłam dwie blachy bez (upiekłabym więcej, ale blachy się skończyły). Bezy z kolei są skutkiem robienia świątecznego ajerkoniaku, z którego pozostało mi 5 białek. Ajerkoniak, natomiast, przeszedł sam siebie: w końcu udało mi się uzyskać konsystencję budyniu i od zjedzenia go całego natychmiast powstrzymuje mnie zawartość procentów (już po jednej łyżce człowiek jest wyjątkowo ucieszony).
Niestety, moja kreatywność świąteczna kończy się na kuchni. I to w sumie też nie do końca, bo oficjalnie spieprzyłam pierniczki (o, ja nieszczęsna, w tym roku nie będę wychwalana pod niebiosa). Ponadto, nie zrobiłam połowy prezentów, które zrobić miałam (te, które zrobiłam były konsultowane z obdarowywanymi), nie poświęciłam ani minuty na robienie ozdóbek świątecznych, badziewi z masy solnej, bilecików do prezentów i całej reszty tego dziadostwa, które robiłam zawsze, rok w rok, mimo, że nikomu to do szczęścia potrzebne nie było. Zastanawiam, czy to z lenistwa, braku pomysłów, czy po prostu z tego wyrosłam, ale nie dochodzę do żadnych sensownych wniosków. Jednakowoż dziwnie jest spostrzec jak bardzo się zmieniłam i jak płynnie zastąpiłam jedne rytuały zupełnie innymi, w dodatku o wiele mniej sensownymi. Kiedyś wieczorami czytywałam książki fantasy a później natchniona rysowałam. Teraz samotny wieczór to dla mnie drink, odcinek serialu i kolejna smętna notka. 
Pamiętam ile kiedyś we mnie było emocji, ileż sprzeczności mną targało, jaka plątanina myśli przetaczała się przez moją głowę! Byłam naiwna, patetyczna i smarkata, ociekałam naprzemiennie nihilizmem i wiarą w lepsze jutro, wierzyłam, że jestem stworzona do wyższych celów, wrażliwa dusza, chodząca artystka! Ach, cóż to były za czasy... 
Teraz, czytając teksty, które spłodziłam w wieku licealnym, trudno jest mi powstrzymać się od śmiechu, a jednak brakuje mi bycia tym, kim byłam. Brakuje mi bycia istotą nieskażoną codziennością, pozbawioną zobowiązań, unoszącą się leniwie w bańce jeszczedzieciństwa-prawiedorosłości, kiedy dysponując nieograniczoną ilością czasu i chęci potrafiłam spędzić długie godziny opracowując nowe, szczeniackie filozofie życiowe, dochodząc do wniosków, z których wiele towarzyszy mi do dziś, prowadząc nieskończone rozmowy, pełne łez rzęsistych (bo nikt nie rozumie wrażliwych dusz!). Przeżywałam wtedy chwile radości i rozpaczy godne Ani Shirley, głupie, bo głupie, ale JAKIEŚ.
Teraz... teraz jestem gruboskórnym Charlsem, który z niczym się nie cacka, żyje tu i teraz, jest głosem rozsądku, prywatnym terapeutą, człowiekiem, którego wybitnie trudno wyprowadzić z równowagi, którego nic już nie zdziwi i który uchodzi za chodzącą zimnowatość. Będąc siedemnastoletnią królową SierotkówMarysiów nie spodziewałam się, że wyrosnę na osobę na tyle silną i zaradną. Zaczynając studia nie mogłam się nadziwić, że nowo poznane osoby uważają mnie za taką życiowo ogarniętą, pogodną, zdecydowaną dziołchę, podczas gdy ja miałam w pamięci obraz mojej osoby sprzed roku: kupkę nieszczęścia, niezdolną do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, obawiającą się dosłownie WSZYSTKIEGO. 
Mimo tego, że ten młody, durny Charlie-wiecznie-na-nie, który widział problemy we wszystkim, nie zgadzał się z niczym, który beczał nocami w poduszkę, który sypał z rękawa truizmami i myśli miał głębokie, niczym woda w kałuży, dał początek MNIE, to jakoś nie czuję powiązania. Pomimo tęsknoty do czasów smarkatych, pomimo sentymentu, nie mogę uwierzyć, że ja kiedyś i ja teraz to ta sama osoba, przepaść jest tak ogromna, że nie rozumiem, jakim cudem zdołałam ją przeskoczyć.
I z jednej strony się cieszę, że już nie jestem tą patetyczną, śmiechu wartą pokraką przeżywającą bunt młodzieńczy, ale z drugiej żal mi potrzeby tworzenia, która mnie wypełniała, żal mi mojej weny (a wręcz Weny - była ruda, piegowata i ganiała boso po lesie). 
Ale jak tu budzić w sobie kreatywność w obliczu szorowania łazienkowych kafelków, czytania skryptu z warzywnictwa czy spędzania godzin w sklepach w przedświątecznym szale?


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Fosfoneuronizacja fotosennotyczna

Zapach korzennych przypraw i pomarańczy utkwił na granicy pola węchowego, nie dając się przepędzić żadnymi sposobami, a śnieg, przyklejony do podeszwy, smętnie przepoczwarzył się w szarawą kałużę, wyjątkowo niemile widzianą na prawie nowych, białych kaflach przedpokoju. 

Przyjemnie jest zanurzyć się w pidżamie, zdjętej świeżo z kaloryfera, kiedy pan za oknem widowiskowo wykonuje wywrotkę z półobrotem i rowerem oraz rozsypującymi się zakupami. Przyjemnie jest również wtulić się w koc i utopić w fantazji pełnej gorącej herbaty i słodkiej czekolady, kiedy inny pan już od dwóch godzin wywija łopatą do odśnieżania i jest na skraju wyczerpania fizycznego (bo zimno) oraz psychicznego (bo za kolejne dwie godziny znów wszystko będzie zasypane). 

Nawet najgorsze utknięcie na dworcu, w najgorszą śnieżycę i z odmrożonymi palcami u kończyn wszelakich, może być przyjemne za sprawą Kinder Czekolady, wręczonej przez lawinę kreatywności, refleksji i wyjątkowości, zamkniętych w niepozornej osóbce o roziskrzonych oczach z czekolady i nerwowo przygarbionych plecach. To zadziwiające, jak bardzo zwykłe gesty, sposób manipulowania własnym ciałem, odzwierciedlają to, co  w głębi się kłębi.

Wyjątkowo rozczula mnie, kiedy moja poważna, stateczna babcia, przybiega do mnie z euforią pięciolatka, żeby pochwalić się, że zupełnie sama, bez niczyjej pomocy, wypełniła swoim koślawym pismem CALUTKĄ krzyżówkę. O, i następną też!

Nawet kocie wymiociny na świeżo wypranych i ledwie wyschniętych spodniach od dresu nie denerwują tak bardzo w perspektywie lepienia pierogów świątecznych i konstruowania bałwana. Swoją drogą, zwierzęta niesamowicie uczą cierpliwości i opanowania. Przecież nie nakrzyczę za problemy gastryczne na ukochaną, burą kulkę futra, która mruczy co noc w okolicach mojego pępka, wprawiając całą mnie w ciepłe, miękkie drgania psychiczne, na wpół senne, wypełnione wibrysami i różowymi poduszeczkami na cichutko stąpających łapach. 

Abstrakcyjnie pomarańczowa barwa miejskiego nieba niepostrzeżenie zastąpiona zostaje jedwabistością rudego futra, ledwie słyszalny stukot pazurów o podłogę panelową w rytmie sekundnika zegarkowego, subtelnie wkrada się w wytłumiony ścianami i styropianem, nieprzerwany szum uliczny, konsekwentnie wypychając go poza granice pojmowania. Wyparłszy zupełnie ze świadomości bodźce zewnętrznego świata, płomienna, uśmiechnięta bestia rozsiada się wygodnie na mojej klatce piersiowej i świdruje mnie jadowicie zielonym, zadziwiająco ludzkim wzrokiem. Już, już obnaża garnitur zębów, już ma zamiar coś powiedzieć, bezczelnie podszywając się pod kota z Cheshire, gdy gdzieś poza senną sferą mojej czaszki, wyściełanej rudym futrem, ciało moje, jak najbardziej fizyczne i mocno przylegające do łóżka, postanawia obrócić się z boku lewego na prawy, podkurczyć nogę, a dłoń wsunąć pod poduszkę. I bezduszna, uśmiechnięta bestia rozwiewa się chmurką żółtawego dymu, który w końcu znika zupełnie, zaprzeczając kilku poprzednim sekundom, na jego miejsce natomiast, zupełnie niezauważenie, wkrada się już aż nazbyt znajome lico, oferując niepojętą przejażdżkę po meandrach samej MNIE, z której, o złośliwie zimnym poranku, pozostaną sukcesywnie rozmywające się kadry, łapane rozpaczliwie acz bezskutecznie przez budzącą się świadomość oraz słodki posmak na języku.

niedziela, 25 listopada 2012

Niedobór formy z przerostu treści

Samouwielbienie ludzkie przerasta moją zdolność pojmowania. To jest w ogóle przedziwna sprawa, cały czas wydawało mi się, że stanowcza większość ludzi po prostu nie może znieść samego siebie i zwyczajnie się nie lubi, żeby nie rzec, że wręcz nienawidzi. I z jednej strony w dalszym ciągu tak uważam, jednak dotarła do mnie dziś rzecz zgoła odmienna: człek jest istotą ze wszech miar narcystyczną a ja nie jestem w tej kwestii tak wyjątkowa, jak mi się dotychczas wydawało. 
W głębi ducha mamy niesamowicie mocno zakorzenioną tendencję do wybielania swoich wad, umniejszania błędów i porażek, do wynoszenia na piedestały naszych sukcesów i osiągnięć. Nie widzimy, tego co w nas złe, wolimy odwrócić wzrok od własnego odbicia w lustrze i udawać, że wszystko jest w porządku i to właściwie nie nasza wina, że stało się, jak się stało. Wynajdujemy miliony wymówek, usprawiedliwień. Mało kto potrafi stanąć oko w oko ze swoją porażką, przyznać się do błędu, pochylić głowę z pokorą, przeprosić i nauczyć się na własnym niepowodzeniu. Zadziwia mnie fakt, że w kwestii autoprezencji, fizycznego postrzegania siebie, widzimy głównie wady, natomiast w swoim postępowaniu życiowym, w swoich kontaktach z innymi ludźmi, staramy się za wszelką cenę usprawiedliwić swoje czyny, wyczyścić we własnych oczach. Skupiamy się na rzeczach najmniej istotnych, odpychając na dalszy plan to, co faktycznie stanowi o tym, kim jesteśmy. Potrafimy narzekać w nieskończoność na krzywy nos, krótkie nogi, odstające uszy czy piegi, sprawiając, że takie pierdoły urastają do rangi problemu na skalę światową, ale nie widzimy, nie chcemy widzieć, że jesteśmy materialistycznymi dupkami z mózgiem przeżartym pragnieniem posiadania, a nawet, jeśli dotrze do nas, że robimy coś nie tak, to usprawiedliwiamy się wszelkimi możliwymi sposobami. Nie wiem, może to pewien sposób zachowania jakiejś higieny psychicznej, może łatwiej jest nam funkcjonować w świecie, jeśli cieszymy się ze zwycięstw i staramy się zapomnieć o porażkach i emocjonalnej zgniliźnie, może wtedy parcie przez codzienność staje się bardziej znośne. Tylko jednak wydaje mi się, że nie na tym rzecz polega, żeby życie było łatwiejsze i bardziej znośne. Może moje samouwielbienie nie jest tak niespotykane, jak mi się wydawało. Mam jednak tę przewagę, że potrafię spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: "spieprzyłaś". Potrafię przeprosić samą siebie. Potrafię dostrzec, że zrobiłam coś źle. Potrafię okazać pokorę wobec życia. Potrafię odstawić na bok dumę (z wielkim bólem), zamknąć gębę, odstawić na bok tzw "dobre wychowanie" i wsłuchać się w swoje JA, które wrzeszczy o uwagę, wytyka błędy i wije się w spazmach, bo znów działam wbrew logice i rozsądkowi, bo dałam się prowadzić na manowce przez konwenanse i całą masę społecznych "zasad", które są złe do szpiku kości, ale wszyscy się nimi kierują, bo TAK TRZEBA. I mimo, że na usta ciśnie mi się całe mnóstwo "ale", staram się milczeć i przyjąć krytykę, płynącą z głębi mnie. 
Bo nie jest istotne, jaką moralność i jakie zasady wpojono nam w czasie naszego życia, jeśli nie potrafimy spojrzeć na siebie obiektywnie, zdzielić się w twarz za wady i obiecać poprawy. Jaki jest sens życia, jeśli nie mamy potrzeby doskonalenia siebie samego, jeśli wegetujemy z dnia na dzień i nie ma w nas ani krztyny chęci, ani odrobinki pokory, ani kropli autorefleksji i chęci poprawienia jakości naszej egzystencji, bo przecież tak żyją WSZYSCY?

Wybaczcie brak ładu i składu, chaos wypowiedzi i mętne przesłanie, ale potrzebowałam JUŻ, TERAZ wyrzuć z siebie tę dziwną refleksję, zanim zasnę, zanim zapomnę jaka jest dla mnie ważna.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Imponderabilistycznie

Namiętnie przeprowadzam procesy intensyfikacyjne prokrastynacji poprzez produkcję ciasteczek kruchych kokosowych, wędrówki po herbatę zieloną tudzież czerwoną, przyglądanie się kotu, odkrywanie nowych fascynacji muzycznych i bujanie się wraz z fotelem. A gdy cichnie muzyka, gdy niechcący znajdę się w bezdźwięku samotności, słyszę pracujące we mnie trybiki, zębatkowe ząbki wskakujące kolejno na swoje miejsca, powoli, acz systematycznie naciągając jakąś iluzoryczną strunę, która uparcie zmierza do pęknięcia z trzaskiem. Czuję, jak się zmieniam. Coś ewidentnie czai się na skraju mojego jestestwa i napawa mnie to przerażeniofascynacją delikatną, acz w gruncie rzeczy spokojnym stworzeniem jestem. Sinusoida życiowa potraktowana żelazkiem codzienności posłusznie rozprostowała się niczym obrus świąteczny i nabrała charakteru wybitnie neutralnego, sprawiając, że wszystko jest akceptowalne, słodko-gorzkie, skrajnie nieskrajne. Pozostaje czynić co do mnie należy, nie wychylać się, być, funkcjonować, jeść, spać.


Ciężkie jest życie z szyszynką zamontowaną do góry nogami Byłabym szalenie wdzięczna, gdyby hiperaktywność umysłowa raczyła uruchamiać mi się na zajęciach i w trakcie nauki a nie wtedy, kiedy wypadałoby się w końcu wyspać. 

 - Ale PO CO SPAĆ, SKORO MOŻNA NIE SPAĆ?! - zapytał radośnie mój umiłowany mózg. 

Cóż, najwyższy czas zainwestować w chloroform.

sobota, 3 listopada 2012

A liści coraz mniej

Nasosznik trzęś tuż obok mnie pieczołowicie owija najnowszą ofiarę, szarpiącą się w ostatnich podrygach, przebierając licznymi kończynami z rytmicznością godną perkusisty. Film przyrodniczy na żywo. O ile zazwyczaj w takich przypadkach rozdziera mnie ambiwalencja uczuć, bo i lew i antylopa wzbudzają sympatię, o tyle w tym wypadku kibicuję pająkowi. Latający badziew potrzebny mi tu jak miotła na pustyni. Pamiętam, jak za czasów dziecięcych, w rogu pokoju zamieszkał sobie pająk typu krzyżak czy inne wielkie bydlę. Po kilku dniach wiszenia został pełnoprawnym członkiem rodziny a mój tata łapał mu muchy i wrzucał na pajęczynę. Mieszkał sobie z nami szczęśliwie, posiadał nawet imię (którego nie pamiętam), aż pewnego poranka okazało się, że pająka nie ma. Rozpacz była wielka, zwierz spakował manatki i uciekł z domu, ewentualnie padł martwy ze starości za szafę, nigdy nie dowiedzieliśmy się jak było naprawdę, acz pozostała we mnie sympatia do ośmionogów i chyba nigdy żadnego nie zabiłam (przynajmniej celowo). 

Cały długi weekend miał mi upłynąć na nauce, wysypianiu się i byciu radosnym człowiekiem. Skończyło się na cieście kruchym z jabłkami, tonach czekolady, warczeniu na wszystkich, gniciu w pokoju i oglądaniu różnych dziwnych rzeczy. Jedyny plus taki, że w "różnych dziwnych rzeczach" znalazł się program "Wiem co jem", w który wciągnęłam się niesamowicie, dowiedziałam się mnóstwa rzeczy (nawet zaczęłam robić notatki!) i obawiam się, że od tej chwili na wyjścia na zakupy będę musiała wygospodarować sobie przynajmniej pół dnia, żeby przeczytać wszystkie możliwe etykiety i znaleźć przyjazne produkty. Tymczasem weszłam w posiadanie połówki gigantycznej dyni i reklamówki jabłek, głowię się od wczoraj cóż w tym dobrodziejstwem uczynić. Dodatkowo gnębi mnie ochota na bardzo dużo rzeczy, których normalnie nie jadam. Jak na złość żadnej z nich nie posiadam i serce me rozdziera wielka rozpacz. Na duchu podtrzymuje mnie tylko wizja grzybowego risotto na obiad i herbatki z nalewką z czeremchy, która została w końcu przelana do butelki i raczy oko przepięknym kolorem. Okazała się wyjątkowo delikatna i smaczna, jednak trochę się jej obawiam ze względu na mocno migdałowy posmak a tym samym (zapewne) dużą ilość amygdaliny. Niby nic strasznego, przecież naszym babciom nawet przez myśl nie przeszło, żeby drylować wiśnie do nalewek i konfitur, dodatkowo czeremchę można moczyć bez obaw w alkoholu nawet miesiąc (ponoć). 

Z pozytywów dni ostatnich: w końcu doczekałam się pogody i miałam okazję pobiegać z aparatem, co zapewniło mi niesamowitą dawkę rozrywki, zwłaszcza ucieczka przed panem z laską, który najpierw oburzył się, że robię mu zdjęcia a później cisnął we mnie wiązanką przekleństw, kiedy to stwierdziłam, że jest brzydki jak noc i nie potrzebuję jego zdjęć. W ogóle, strasznie dziwi mnie, jakie wielkie zainteresowanie wśród przechodniów wzbudza człowiek z aparatem. 






Podczas wykonywania ostatniego zdjęcia zaczepił mnie kolejny pan, tym razem bardzo przedsiębiorczy, oburzony faktem, że ludzie te kłódki wieszają i tyle pieniędzy marnują a tak w ogóle, to on tu wpadnie z piłą w nocy i na złom wszystko sprzeda, TYYYLE WINA za to będzie :D



Strasznie ostatnio lubię wyłapywać uliczne przejawy ludzkiej kreatywności.



Kocham ten widok i zawsze zadziwia mnie, jak to wielkie, żółte coś zmienia kolor w zależności od pogody. Miłość moja do Szczecina wzrasta z każdym dniem.

niedziela, 28 października 2012

Krótko i nie na temat

Panie, panowie, dopadła mnie jesień. Po miesiącu wybitnie (jak na mnie) intensywnego życia, wprost nie mogę doczekać się pierwszego listopada, powrotu do domu, własnego łóżka, kota, ciasteczek kakaowych i mamy. Wyczerpały mi się bateryjki, dusza chce szaleć, ciało chce spać a głowa figle płata. Ambiwalencja mną targa, z jednej strony nie mogę usiedzieć sama w domu, z drugiej, gdy wychodzę do ludzi, włącza mi się żądza mordu, bo wszystko mi ostatnio działa na nerwy. Samotność mi nie służy, myśli, niczym nie zajęte, wędrują na tory, na które nie powinny, towarzystwo mi nie służy, bo ludzie jakoś ostatnio głupsi są niż zwykle. I jeszcze jakaś taka babskość we mnie wstąpiła, huśtawka emocjonalna i przytup obcasem. 

Paskudność pogody osiągnęła szczyt złośliwości. Kiedy na początku października było pięknie, ciepło i słonecznie, ja nie miałam karty pamięci do aparatu. Kiedy karta trafiła w me ręce, pogoda rączo pognała w siną dal, ręce odmarzają mi z braku rękawiczek, tak samo jak kończyny dolne, bo w spodniach łazić nie będę i z uporem maniaka noszę spódnice. Jedyne, co mnie ratuje, to termosik z gorącą herbatą schowany w mojej przepastnej Torbie Hermiony. Jednakowoż uparłam się dziś i poszłam w miasto robić zdjęcia. I stwierdzam, że ja jednak cholernie lubię Szczecin. Niby miasto jak miasto, ani to ładne, ani ciekawe, mało się dzieje, ale jednak sentymentalne ze mnie stworzenie, szybko się przywiązuję do miejsc i rzeczy. Urok starych kamienic, miliona rond, wiekowych domów z imponującymi ogrodami i parków jest czymś, czemu oprzeć się nie potrafię, więc się zawzięłam, chwyciłam aparat i zagłębiłam się w śródmiejskie uliczki. Wspomniana zimnowatość jednak skutecznie zniechęciła mnie do wyciągania rąk z kieszeni, więc zdjęć zrobiłam mało, cóż za podły los. 




Jeśli łaskawe słońce raczy objawić się jutro w pełnej krasie, koniecznie muszę przejść zaliczyć jutro jeszcze jedną taką wycieczkę, mam nadzieję, że tym razem bardziej udaną. 




Na poprawę humoru i ogrzanie serca, dzielę się naprawdę ostatnimi ostatkami lata, prosto z mojego ogródka i oddalam się w kierunku łoża, nim padnę bez życia na klawiaturę. 

Żegnajcie, zagubieni wędrowcy!

sobota, 20 października 2012

Cold and ugly

Nie jestem nadczłowiekiem, pieprzonym czołgiem nie do zdarcia. Nie gryzę. Nie jestem kimś, do kogo strach podejść. Nie chodzę w zbroi. Nie jestem silna i odważna. Nie umiem nienawidzić. Nie jestem kaktusem. Nie kłamię. Nie chcę być Królową Śniegu, Suką Wszech Czasów.

Do szału doprowadza mnie, że wszyscy wokół zdają się wiedzieć lepiej ode mnie, jakim człowiekiem jestem i co siedzi mi w głowie. 


Underneath her skin and jewelry,
hidden in her words and eyes
is a wall that's cold and ugly
and she's scared as hell.
Trembling at the thought of feeling.
Wide awake and keeping distance.
Nothing seems to penetrate her.
She's scared as hell.

wtorek, 16 października 2012

Wsiadł do autobusu człowiek z liściem na głowie

Trzeci tydzień roku akademickiego trwa w najlepsze, pierwsze przeziębienie od kilku lat zdążyło przemknąć jak burza przez charlesowy organizm i uciec w siną dal a sam Charles próbuje dojść do ładu z harmonogramem i zaplanować sobie kilka najbliższych miesięcy, ale ostatecznie wszystko ułoży się samo, szanowna babcia powróci do Polski i Charles znów będzie dzielić z nią (jej własne) mieszkanie. Póki co, mam problem ze zorientowaniem się w czasie i przestrzeni, ciągle gdzieś ganiam, spędzam godziny w tramwajach, lecę z wykładu do sklepu, ze sklepu na ćwiczenia, z ćwiczeń na basen a z basenu do mojej drogiej E. I mimo wszystko jakimś cudem udaje mi się sprzątać, robić pranie, ładnie wyglądać i się uczyć. Tylko jakoś paznokci nie mam kiedy pomalować. Nie to, żebym narzekała, taki tryb życia pozbawił mnie trzech kilogramów w ciągu dwóch tygodni i to pomimo tego, że nawet nie mam kiedy pomyśleć o tym, co zjem, więc jem co wpadnie w ręce.

Pan A. był u mnie przez ostatnie dwa tygodnie, ratując mnie obiadami, znosząc wściekanie się o maselniczkę i kolejność układania zakupów na taśmie w markecie, tuląc do popołudniowej drzemki i słuchając historii z przedszkola, moich i E. Wczoraj odstawiłam go do pociągu i jakoś tak zrobiło się źle. Spanie w pustym mieszkaniu męczy i dręczy (mam nadzieję, że po wczorajszej bezsennej nocy padnę dziś jak kamień), nie ma do kogo się odezwać przy porządkowaniu notatek. Liczę jednak, że nawał różnych zajęć, spotkań, nauki i biegania po mieście skutecznie mnie wymęczy i nie będę mieć sił myśleć o dyskomforcie samotności mieszkaniowej.

Żeby nie było zbyt melancholijnie, pochwalę się, że po początkowych perturbacjach, sterczeniu godzinami w kolejce do pani z dziekanatu (na którą napiszę skargę za jej wieczną niewiedzę na każdy temat i niechęć do wypełniania jej obowiązków) i gigantycznych falach irytacji, w końcu udało mi się złożyć wniosek o stypendium rektorskie i teraz pozostaje mi czekać na decyzję. Dodatkowo zajęcia w tym roku, nie licząc kwiatków takich jak mechanizacja czy inżynieria ogrodnicza, są ŚWIETNE. Jedyne, co mnie do tej pory wyprowadziło z równowagi, to niekompetencja niektórych wykładowców (bo rośliny rosnom, nagonasienne majom owoce a wnętrze pomidora wypełnione jest galaretowatą substancją - żadnym tam mezokarpem).

A z okazji nadchodzącej zimy i coraz bliższego sezonu na brak warzyw, rozpoczęłam domową uprawę kiełków i pietruszki w doniczce. Muszę sprowadzić jeszcze miętę i wysiać koperek, wtedy będę człekiem szczęśliwym.

Miałam dziś przyjemność objawić pannie G., że Szczecin jest w posiadaniu ciekawych zakątków i potrafi być miastem doprawdy urokliwym. Cieszę się, że obie tu teraz stacjonujemy i będziemy miały okazję częściej się widywać (w końcu!). Spacery w malowniczej, jesiennej scenerii są cudowne i mogłyby trwać wiecznie, zwłaszcza, jeśli odbywają się w doborowym towarzystwie.





Tak, to panna G. Nie, to nie Szczecin :)

sobota, 29 września 2012

Jesiennie, kuchennie

W kuchni suszą się nieprzebrane góry pokrzywy, skrzypu, lubczyku i cząbru, pietruszka z miętą siedzą w zamrażarce, zawekowane owoce stoją w równym rządku, nalewka z czeremchy grzecznie czeka na odfiltrowanie, piekarnik pracuje na pełnych obrotach prawie codziennie, torturując zapachem ciepłego ciasta, girlandy suszących się grzybów zdobią każdą możliwą powierzchnię a w tym wszystkim króluję ja, z rozwianym włosiem, mąką na spodniach i uśmiechem na twarzy.
JAK JA KOCHAM JESIEŃ!


Po cieście marchewkowym przyszła kolej na dyniowe, które urzekło dosłownie wszystkich domowników i wysunęło się na prowadzenie w rankingu najlepszych ciast ever, nawet mimo tego, że opadło i prezentuje się mało atrakcyjnie. A pomiędzy śniadaniem a sprzątaniem lub kolacją a spaniem, wychodzą spod dłoni mych niezliczone blachy kruchych ciasteczek kokosowych, kakaowych lub cytrynowych czy kolejne porcje owocowego crumble, doprawionego cynamonem, rumem i masłem orzechowym, które stały się moim hitem na deser. 


Jako, że zakończyłam praktyki (co wcale nie napawa mnie radością, bo wyjątkowo mi się tam podobało), mam rano nieograniczone zasoby czasu i na śniadania znów serwuję przepiękne omlety, pancakes oraz wariacje na temat owsianki i kanapek.



Poza kuchennymi radościami i przyjazdem A. (który bojkotuje mojego bloga), jesień jest dla mnie czasem zmian, refleksji i planów na przyszłość, czasem, w którym czuję wybitny niedosyt życia i przytłacza mnie codzienność i moje niezdecydowanie (dylemat życia: zapisać się na basen czy na aqua aerobic w ramach wuefu). Z jednej strony nie mogę doczekać się roku akademickiego, Szczecina, życia towarzyskiego, imprez, kina, MIASTA. Z drugiej, przepełnia mnie lęk, że znowu lenistwo i pragnienie popołudniowych drzemek zdeterminują moje życie i plany podciągnięcia się w nauce, ukulturalnienia, zdobienia drewnianych perdółek i pisania, legną w gruzach. I wśród takich zwyczajnych, codziennych dylematów smarkatej studentki, zadziwiająco często pojawia się pytanie: jak będzie wyglądać moje życie za pięć lat? Ogólnie rzecz biorąc, wiem, że idę w dobrym kierunku, aczkolwiek są takie aspekty mojego życia, z których nie jestem zadowolona i które mają wielki potencjał, żeby spieprzyć moją przyszłość, a ja nie umiem, NIE CHCĘ podejmować pewnych decyzji.
Ponadto wyjechała panna P., pozostawiając po sobie nieprzyjemne wrażenie, że będziemy widywać ją rzadziej niż rzadko, panna G., z kolei, zawędrowała do Szczecina, przynosząc obietnicę ogromnej ilości wspólnie spędzonego czasu. Pani E. zakończyła remont mieszkania i już jutro odda w moje ręce swoją kuchnię, ażeby tradycji gotowania jej obiadów stało się zadość. Dodatkowo pod koniec października wraca moja babcia, skończy się zatem komfort mieszkania samemu, co też zapewne spowoduje u mnie wzmożoną aktywność pozadomową i wyrzuty, że gotuję dla całego Szczecina zamiast siedzieć na tyłku.

No cóż, wszystko wyjdzie w praniu, ja natomiast idę oddać się przyjemności picia herbaty, nakładania na siebie licznych maseczek i innych smarowideł oraz moczenia się w zbyt ciepłej wodzie. 

sobota, 22 września 2012

Cierpienia młodego Charliego

Zgadałam się ostatnio z Panem Szefem na temat książek, filmów, muzyki i tak jakoś wypłynęło, że oboje jesteśmy zapaleni fantaści. Pan Szef następnego dnia wręczył mi najnowszy numer Nowej Fantastyki, otwartej na stronie z konkursem na opowiadanie. Nie wiem, jakim cudem Pan Szef wydedukował, że pisać lubię i moim życiowym celem jest napisanie chociaż jednej książki, która może nawet nigdy nie wyjść z szuflady, po prostu chciałabym zrobić coś kiedyś w całości, do samego końca. Niemniej, przewałkowaliśmy z Panem Szefem temat pisania dla początkujących, fantastyki jako takiej, młodzieńczych prób spełnienia się literackiego i od słowa do słowa, zostaliśmy współzawodnikami w walce o pierwsze miejsce w konkursie :)
I tu następuje moment, kiedy Charlie, nakręcany butelką wina (która miała zostać na jutro, ale jakoś tak sama wepchnęła mi się do ręki w towarzystwie korkociągu) musi się wyżalić: JESTEM CZŁOWIEKIEM TOTALNIE POZBAWIONYM POMYSŁÓW. Żałość wielka mnie ogarnia z tego tytułu, wszak miałam zostać nędznym pisarzem w kaszkieciku i podartych rękawiczkach, piszącym swe niedocenione powieści na zacinającej się maszynie do pisania, siedząc na wilgotnym, przeciekającym poddaszu londyńskiej kamienicy, w towarzystwie upasionych szczurów, kradnących mi kradzione jedzenie.
A wracając do tematu: to tak, jak z moim rysowaniem. Ja wiem, że umiem. Wiem, że odrobina wysiłku wystarczy, żebym robiła to dobrze. Jasna cholera, może jestem w tym momencie wybitnie nieskromna (ale lepsze samochwalstwo niż skromność fałszywa), ale JA WIEM, że piszę i rysuję całkiem niezgorzej, z tym, że warsztatu mi brak. Ale warsztat wystarczy wyćwiczyć. Największy problem w tym, że moja pomysłowość jest niewspółmierna do możliwości. Niby takie ze mnie mądre dziewczę, niby takie błyskotliwe, a jak przychodzi co do czego, nie potrafię niczego wymyślić. I, kurcze, boli mnie to, bo moje zdolności się marnują. Jest na świecie mnóstwo ludzi, którzy wręcz kipią weną, poruszającymi pomysłami, mają co pokazać światu, ale nie mają talentu, potrzebnego do wyrażenia swoich myśli. I głupio mi przed takimi ludźmi, bo ja mogę, ale nic z tym nie robię, bo w sumie sama nie wiem co i w ten sposób w cholerę idą umiejętności, które ktoś inny z powodzeniem by wykorzystał. A ja... ja nadaję się najwyżej na jedną z kserokopiarek, którymi tak gardzę, jedną z tych osób, które, pod wrażeniem czyjejś twórczości nieudolnie próbują stworzyć coś na jej wzór i z jednej strony pragną z całego serca pochwalić się światu, bo wiedzą, że świat poprze i będzie pod wrażeniem. A w głębi serca takiego fałszywego twórcy rodzi się potężny wstręt do własnej osoby, spowodowany świadomością tej bezczelnej zrzynki, tego ohydnego oszustwa. 
Z drugiej strony mogłabym tłumaczyć się faktem, że w kwestii literatury i wszelkich innych dziedzin sztuki, już wszystko zostało powiedziane, obecnemu pokoleniu pozostaje jedynie sprytna zabawa formą, sprawiająca, że oklepana treść roztacza wokół siebie świeżość i sprawia wrażenie czegoś nowego. 
Tu pojawia się pytanie: czy ja, najzwyklejszy w świecie Charlie ze wsi, potrafię ubrać znany wszystkim schemat w niespotykany i wstrząsający współczesną modą, płaszczyk słów?


wtorek, 11 września 2012

Opiate

Otuliwszy się szczelnie białawą powłoczką pleśni bezmyślnej codzienności, oddaję się aktom umysłowego hedonizmu, z westchnieniem na ustach, z ekstatyczną wręcz fascynacją. 
To jedna z tych chwil, w których niechęć do własnej osoby, spowodowana ogólną bezczynnością i nijakością miesza się z satysfakcją bycia jednostką unikalną, z nabytym samouwielbieniem, miłością do cielesnej skorupki, odbijającej się w lustrze oraz tego, co skrywa w swym wnętrzu. 
Nic to, być pyłem na wietrze, nic nie znaczącą, mikroskopijną drobinką w obliczu wszechrzeczy. Przecież jestem swoim własnym centrum Wszechświata, Osią, na której opiera się wszystko, co znam. Od zawsze zaskakuje mnie, jak wiele doznań, nowości i przyjemności może dostarczać własny umysł, osobista, wypielęgnowana fantazja. Nieskończoność światów, produkowanych naprędce pod sklepieniem mózgoczaszki zapewnia pełen wachlarz emocji, fantasmagoryczne wizje, kłębiące się niczym Cumulonimbus arcus na ołowianym niebie, zamkniętym w czterech ścianach wyimaginowanej rzeczywistości, nadają pozorny sens odrętwiałej egzystencji. 
Od zawsze marzyłam o tym, żeby doświadczyć wszystkiego, co możliwe. Zanurzyć się w miękkiej tkance Absolutu, wytworzyć nieskończone autostrady neuronów z receptorem, przyssanym szczelnie do każdej funkcjonującej komórki. Być WSZYSTKIM. ZAWSZE. WSZĘDZIE. Podciśnienie pełnej świadomości, wypełniającej szczelnie każdy zakamarek jestestwa, niechybnie zakończyłby się cichą, wilgotną implozją, pogrążeniem w stanie permanentnego nieistnienia. 

Nurzając się w lepkiej cieczy ekshibicjonizmu emocjonalnego, stwierdzam, że nikt i nic nie jest w stanie przysporzyć mi takiej porcji rozrywki, takiej mnogości stanów umysłu i karuzeli odczuć, jak ja sama. 



środa, 5 września 2012

Marchewkowe pole rośnie wokół mnie

Cierpię.
Me delikatne, piękne dłonie pianisty/złodzieja, pokryte zostały siateczką drobnych zadrapań, mnogością zadziorów skórnych i piekących ranek. Żeby było bardziej widowiskowo, gdzieniegdzie wkradła się drzazga, kolec i plama z żywicy. 
Cierpię.
Jeszcze trochę i moje cudne, długopalczaste chwytniczki ewoluują w regularne łapska robola. Żywię tylko nadzieję, że uda mi się doprowadzić je kiedyś do pierwotnego stanu. I cud, że jeszcze żaden paznokieć nie opuścił mnie z trzaskiem. 
Cierpię. I jestem w tym cierpieniu bardzo uradowanym człowiekiem, bo KOCHAM MOJE PRAKTYKI! Radość przepełnia mą duszę, me czarne, parszywe serduszko w każdej minucie, spędzonej pośród mnogości roślinek. I niby wiem, że niewiele się nauczę w takim malutkim centrum ogrodniczym, czas upływa mi głównie na podcinaniu roślinek, obrywaniu uschniętych liści, zamiataniu, podlewaniu, przestawianiu, wyplątywaniu się ze szlaucha, rzucaniu ślimakami i uciekaniu przed klientami ale, jak dla mnie, jest fenomenalnie. Bo praca przy roślinkach uspokaja i nie wymaga myślenia, bo jest zielono, bo pracuję z przemiłymi ludźmi i atmosfera jest bardzo przyjemna. Bo nikt mi niczego nie narzuca, przychodzę kiedy chcę i na ile chcę i nie zostałam potraktowana jak kolejny jeleń, który MUSI odbębnić, więc może za darmo, mój czas, chęci i wysiłek zostały docenione i może w końcu uda mi się odłożyć na obiektyw/suszarkę do włosów/automat do pieczenia chleba (ach, te priorytety).


Z serii "Nie mam o czym pisać, więc piszę o duperelach": 
1. Odkryłam zadziwiającą prawidłowość. Nie otwieram paszczy przy malowaniu rzęs jak każda kobieta, za to dostaję kataru przy zmywaniu makijażu.
2. Po dłuższym codziennych ćwiczeń i całkiem sensownego żywienia, waga ani drgnie. Wiem, że nie ma co się niecierpliwić, ale znam mój organizm i wiem, że przy takim trybie życia spokojnie pozbywam się kilograma tygodniowo, więc już wiercę w oczekiwaniu na, minimalne chociaż, efekty. 
3. Moja miłość do pomidorów jest w tak zaawansowanym stadium, że nie wiem, jak przeżyję bez nich zimę. Chyba normalnie założę na strychu domową uprawę. A papryka wciąż nie chce wykiełkować. 
4. Sterczenie przed domem o północy w szlafroku i z mokrą głową zdecydowanie nie jest moim hobby, ale chęć zrobienia zdjęcia księżyca w pełni jest silniejsza. Zdjęcie nie wyszło, bo brak statywu, bo czas naświetlania, bo sto innych rzeczy, ale przecież mamy fotoszopa, żeby ludzie nie potrafiący robić zdjęć, mogli się chociaż popisać swoim poczuciem estetyki przy stylizowaniu kolejnej przypadkowej fotki.


Poszerzam horyzonty kulinarne: upiekłam ostatnio ciasto marchewkowe, mimo, że zarzekałam się, że nigdy go nie zrobię i nie tknę, bo nie znoszę marchwi w stanie innym, niż surowa, nawet, jeśli jej nie czuć. Ale przechodzę ostatnio fascynację rzeczami, których normalnie nie jadam i zawsze wydawały mi się nieatrakcyjne (cukinia, bakłażan i inne takie), więc w porywie emocji upiekłam ciasto. I jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Smakuje trochę jak piernik a przy tym jest tak niesamowicie delikatne, miękkie i puchate, że nawet, gdyby nie miało smaku, jedzenie byłoby przyjemnością. Z tego, co wyczytałam, jest to domena wszystkich warzywnych ciast. 

CIASTO MARCHWIOWE (przepis haniebnie ukradziony z Internetu, ale ni cholery nie pamiętam z jakiej strony, więc podaję tutaj co i jak): 
Składniki:
 - dwie szklanki marchwi startej na tarce o drobnych oczkach
 - jedno jabłko starte na tarce o dużych oczkach
 - dwie szklanki mąki
 - szklanka cukru
 - szklanka oleju
 - cztery jaja
 - łyżeczka proszku do pieczenia
 - dwie łyżeczki sody oczyszczonej
 - cynamon, cukier wanilinowy, orzechy włoskie (wedle uznania)

Przygotowanie:
Jajka z cukrem (i ewentualnie cukrem wanilinowym) miksujemy przez kilka minut, następnie, wciąż miksując, partiami dolewamy olej. Gdy składniki się połączą, powoli dosypujemy mąkę, wymieszaną z sodą, proszkiem do pieczenia i cynamonem i dalej miksujemy aż do uzyskania jednolitej masy. Na końcu dodajemy starte jabłko i marchewkę oraz orzechy i mieszamy delikatnie drewnianą łyżką. Całość wylewamy na wysmarowaną tłuszczem/wyłożoną papierem do pieczenia tortownicę, pieczemy do suchego patyczka (40-45 minut) w temperaturze 175 stopni. 


Na dziś koniec, bo sen mnie morzy i w sumie miałam z notką poczekać do czasu, aż będę miała jakieś ciekawsze zdjęcia tudzież treści do przekazania, ale ekshibicjonizm internetowy jest silniejszy ode mnie.


"Dobranoc" - rzekła Rysieńka i odwróciła się ogonem do publiczności.

niedziela, 2 września 2012

Wnioski z wioski

Nastąpiło przeciążenie systemu, neurony ulegają autodestrukcji, procesy myślowe wyłączyły się z rzężeniem starego Fiata StoDwadzieściaSześćPe. wzrok spowiła szklista powłoczka tępoty, ślina spływa z kącika ust, rozchylonych w iście kretyński sposób. 
Oto co nauka robi z człowiekiem.


Trójfazowy układ tetraedrycznych cząstek iłu koloidalnego z domieszką piasku gliniastego mocnego pylastego kształtuje swoją retencję użyteczną w sposób niezrozumiały dla mnie, durnej wsiowej kózki, która czuje się upokorzona tym bardziej, że w glebie spędza zatrważająco dużo czasu już od wczesnego dzieciństwa, kiedy to szczytem kreatywności było tworzenie kotletów mielonych z piasku słabogliniastego, obecnego w piaskownicy, który na sucho jest sypki i szorstki a na mokro nieplastyczny, o ostrokrawędzistych, łatwo rozpadających się agregatach a cząstki koloidalne lekko brudzą palce. 

Dość, powiadam. 

Czas na przerwę. A w przerwie pogarszam stan swojego umysłu jeszcze bardziej za pomocą Futuramy  i, po raz setny,  Plants vs. zombies, wertuję odmęty Internetu w poszukiwaniu przepisu na nową maseczkę do włosów i bułeczki drożdżowe z cynamonem, czytam, co można zrobić z bakłażana i jak uprawiać sosnę himalajską, która okazała się sosną koreańską, wpatruję się w doniczki z uparcie niekiełkującymi papryczkami, powstrzymuję się ostatkami woli od zaatakowania orzeszków ziemnych i robię kokardki do włosów ze wszystkiego, co wpadnie mi w ręce i jest materiałem. 


(jak przystało na super-hipster-vyntydż Artystkę przez ogrooomne A, której przydarzyło się posiadać luszczankę, robię subtelne zdjęcia z przekazem i gniazdkiem elektrycznym w tle)


Nie dajcie się zwieść, spódnica sięga kolana, czasem nawet niżej, ale Charlie, miszcz stylizacji, naciągnął ją powabnie po sam pępek.





Ach, no i DOGADZAM SOBIE.  Śniadaniami, bo miło jest ładnie i smacznie rozpocząć dzień, mówta, co chceta, ale dobre śniadanie pozytywnie nastraja. Powyżej macie zaszczyt oglądać jogurt grecki, przykryty szczelnie płatkami owsianymi, migdałami, pestkami z dyni, brzoskwinią, dżemem leśnym i cynamonem.

Uważam, że dogadzanie sobie jest bardzo ważnym elementem życia. Niby oczywiste, bo przecie każdy lubi sprawiać sobie drobne przyjemności, ale na podstawie obserwacji otaczających mnie ludzie, stwierdzam, że chyba jednak nie do końca. Bo owszem, każdy (przeważnie) stara się zaspokajać swoje zachcianki (przeważnie), ale zazwyczaj nie przywiązuje do tego większej wagi i traci dużo, duuużo przyjemności. Ja, w stanie głęboko zaawansowanej miłości własnej, nauczyłam się takie przyjemności celebrować. Denerwuje mnie na przykład moja mama, która kupuje czekoladę/ciasteczka/cokolwiek słodkiego, po czym rozparcelowuje na środku ulicy i zjada w 10 minut. A ja wolę dotrzeć spokojnie do domu, zrobić sobie kawę, zasiąść wygodnie w fotelu z książką/filmem i dopiero wtedy rozkoszować się zarówno smakiem jak i przyjemnością chwili. O, albo spacery. Większość ludzi, gdy ma gdzieś iść, to po prostu idzie, prosto do celu, najkrótszą drogą, nie patrzy na nic. A dla mnie kwintesencją spaceru jest możliwość obserwowania otaczającego mnie świata, zarówno krzywienie się na widok wrzeszczącego dziecka jak i podziwianie gzymsów starych kamienic, wszystko jest równie zajmujące i nie-ro-zu-miem, jak można być odpornym na taką mnogość bodźców wizualnych.
Właściwie to całe dogadzanie sobie, to dopiero wierzchołek góry lodowej, a wszystko sprowadza się do, wspomnianej już, miłości własnej, co w gruncie rzeczy jest sztuką trudną. Zdarzają się ludzie o irytująco wysokim stopniu bezkrytyczności w stosunku do własnej osoby, ale zdecydowana większość ma problemy z zaakceptowaniem i zwyczajnym lubieniem siebie. I tu apel do każdej zbłąkanej duszyczki, która przypadkiem tu trafi: jesteś jedyną osobą, co do której masz pewność, że będzie towarzyszyć Ci do końca Twojego życia. Nie ważne, co Cię spotka, ilu ludzi przyjdzie i pójdzie, Ty byłeś, jesteś i będziesz ze sobą ZAWSZE. Wydaje mi się, że to dobry powód, żeby zacząć siebie lubić, to po prostu bardzo ułatwia i uprzyjemnia życie.
Może Wam się to wydawać strasznie egoistyczne, dumne i narcystyczne, ale ja jestem dla siebie najważniejszą osobą na świecie i według mnie jest to bardzo zdrowe podejście. To ja będę ponosić konsekwencje swoich czynów, ja będę przeżywać swoje życie, dlatego staram się mieć na nie jak największy wpływ i, w miarę możliwości, samemu decydować. Nie jest to łatwe, bo jestem jednostką wybitnie niezdecydowaną, dlatego tez bardzo liczę się z opinią bliskich, ale ostatecznie to JA podejmuję decyzję. Nie znaczy to, że dążę po trupach do celu, że za nic mam pragnienia innych, wręcz przeciwnie. Niewielu jest ludzi, którzy dużo dla mnie znaczą, ale sądzę, że potrafię się dla nich poświęcić (chociaż "poświęcenie" nie bardzo tu pasuje, w większości przypadków robienie czegoś dla kogoś to czysta przyjemność).
Nie myślcie tylko, że z powodu samouwielbienia spoczęłam na laurach i czas mija mi na wzdychaniu do lustra i rozkoszowaniu się własną idealnością. Jest odwrotnie, dzięki temu, że zrobiłam z siebie swojego najlepszego przyjaciela, znam swoje wady jak nikt inny i potrafię je sobie wytknąć, chociaż czasem łatwiej byłoby odwrócić wzrok i udawać, że jest wspaniale. Wiem, że potrafię być bardzo złośliwa i zrównać człowieka z ziemią w momencie, kiedy mam zły humor, mimo, że dana osoba niczym mi nie zawiniła, potrafię straszliwie zadzierać nosa i ostentacyjnie nie dowierzać, że ktoś może nie wiedzieć czegoś, co jest oczywiste (cholera, po prostu nie lubię głupoty), oceniam po pozorach, często bardzo niesprawiedliwie, ale staram się z tym walczyć, bo wiem, że to zwyczajnie głupie, potrafię przyznać się do błędu i przeprosić. Nie zależy mi na superświetnych kontaktach z całym światem, ale to jeszcze nie znaczy, że te kontakty mają być złe. Neutralność w tym przypadku jest w sam raz.
A kluczem do jeszcze większego zadowolenia z siebie jest samodoskonalenie. Lubię się uczyć. Nawet takie gleboznawstwo pewnie kiedyś mi się przyda (krzyżówki!). Lubię czytać, dowiadywać się nowych rzeczy, poszerzać swoje horyzonty, bo czasem wydają mi się strasznie malutkie i głupio mi przed samą sobą, jak niewiele wiem o świecie. Lubię myśleć, analizować i dochodzić do wniosków, patrzeć na jedną rzecz z różnych punktów widzenia, dyskutować z ludźmi, bo to wszystko wnosi niesamowite bogactwo do mojej psychiki i sposobu postrzegania świata. I o ile karmić ducha uwielbiam od małego, o tyle dopiero teraz uczę się robić również coś dla ciała. Stąd maniakalne dbanie o włosy, stąd odchudzanie, ćwiczenia, ładne i smaczne śniadanka. Bo gdy ciało funkcjonuje dobrze i prezentuje się dobrze, to i w głowie jakoś od razu jaśniej, weselej.

Jestem uśmiechniętą paszczą Charliego.

piątek, 31 sierpnia 2012

Nananana, jem banana


Jestem 171-centymetrowym zakwasem Charliego. Cholernie zadowolonym z siebie zakwasem. 
Po szczęśliwym powrocie ze wszystkich wakacyjnych wyjazdów, kiedy to wymówki typu "nie ma gdzie", "tu są ludzie", "muszę się uczyć" zaczęły irytować nawet mnie, w końcu udało mi się zmobilizować do ćwiczeń. I, cholera, nie sądziłam, że JA to kiedyś powiem, ale wysiłek fizyczny potrafi być przyjemny! Znaczy, może nie tyle wysiłek, co satysfakcja, że w końcu coś ze sobą robię i jeśli dobrze pójdzie, to całkiem niedługo będzie widać jakieś efekty. Bo w dalszym ciągu nie cierpię być zmęczona, spocona i zdyszana, co to, to nie. Po prostu przeszkadza mi to mniej, niż kiedyś. Co nie zmienia faktu, że dostaję białej gorączki, jak pomyślę, że od października będę mieć wf na studiach, bo co innego, męczyć się samemu w domu, a co innego uczestniczyć w jakichś nienormalnych grach zespołowych. Wychowanie fizyczne jest moją zmorą od przedszkola, kiedy to na rytmice nie potrafiłam odróżnić prawej ręki od lewej i zrobić przysiadu bez przewrócenia się na tyłek. I tak mi zostało, nienawidzę gier zespołowych, mam kompletny brak inteligencji kinestetycznej, nieskoordynowane ruchy i sportową aspołeczność. O ile potrafię żyć w zgodzie z ludźmi w normalnych sytuacjach, na wychowaniu fizycznym cała moja elokwencja, inteligencja i błyskotliwość daje nogę i zostaję tylko ja i mój gruby, niezgrabny ruchowo zad. I mimo, że dzieciństwo miałam beztroskie i w twarz mi nikt nigdy tego nie powiedział, na wuefie zawsze czułam się jak pośmiewisko i ofiara losu. Wiecie, ten dzieciak, którego zawsze ostatniego wybierają do drużyny i który zawsze ostatni dobiega na metę. I to jest tak samo przykre, gdy ma się lat dwadzieścia jak wtedy, kiedy miało się dziesięć. W związku z tym prawdopodobnie zapiszę się na basen albo w ogóle wykręcę z wuefu za pomocą chorego kolana.


Żeby dłużej nie smęcić: byłam dziś u mojej drogiej P., którą niedługo wyjedzie do Łodzi, więc trzeba korzystać z jej towarzystwa póki jest. P. została zmuszona do zostania moją osobistą stylistką i dzięki niej stałam się posiadaczką spódnicy oraz sukienki, a wszystko to za oszałamiającą kwotę 22,50 zł. I jak tu nie kochać second handów (oraz mojej P.)? Tylko żałuję, że tak strasznie nienawidzę zakupów, przymierzania ubrań i przedzierania się przez ich ogrom, bo jestem pewna, że minęłam, a może nawet miałam w rękach, mnóstwo wspaniałych rzeczy, stworzonych tylko dla mnie, które teraz wylewają łzy rozpaczy, że nie przyjechały ze mną do domu, tylko w dalszym ciągu wiszą niechciane na wieszakach. 
Ach, stał się cud nad cudy. Moja rodzicielka, pchnięta nieznaną siłą, w tym samym dniu, w którym opublikowałam poprzednią notkę, wyciągnęła maszynę do szycia i dobrowolnie przemieniła sukienkę w spódnicę. Radość, radość i jednorożce!


P., oprócz objęcia zaszczytnej roli mojej osobistej stylistki (i zawodowego odwieszacza ubrań), okrzyknięta została polską Kirsten Dunst (teraz pewnie śledzi uważnie wszystkie jej fotografie, obecne w Internecie, uporczywie doszukując się cech wspólnych) i prawdopodobnie właśnie dzięki jej podobieństwu do sławnej aktorki, otrzymałyśmy niezwykle kuszącą propozycję pójścia na randkę z amatorami dresów, bluzgów i palenia papierosów na parkowych ławeczkach. Ach, jakaż wielka szkoda, że z powodu braku czasu musiałyśmy złamać serca tym uroczym panom i odmówić!


W obliczu piątkowego egzaminu wzbijam się na wyżyny kreatywności i szyję potworki ze skarpet oraz zbieram się w sobie do stworzenia zestawu spinek-kokardek, kilku bransoletek i zmodyfikowania jakiejś koszulki. Irytuje mnie we mnie straszliwie, że tak szybko tracę zapał do jednej rzeczy a zyskuję do drugiej, bo drewniane podkładki, kolczyki i bransoletki wciąż czekają na swoją kolej i podsuwają mi pod nos cienkopis, żebym w końcu wzięła się za rysowanie na nich i lakierowanie. A figę, mnie akurat naszło na zabawę tekstyliami. Byłabym skłonna oddać wszystkie swoje zdolności manualne za umiejętność robienia jednej rzeczy, ale perfekcyjnie. 


Na dziś koniec. Mam lenia totalnego i nie chce mi się formułować w zdania tego, co siedzi mi w wdzięcznej główce, a w ogóle, to notka miała być zupełnie na inny temat. Niech żyje szalony spontan, proszę państwa!


wtorek, 28 sierpnia 2012

O sukience, która miała być spódnicą i pikantnych omletach

Lojalnie ostrzegam, że z chwilowego braku innych zdjęć, dzisiejsza notka wypełniona będzie głównie MNĄ. Szczelnie. Wszak duża ze mnie baba, więc kard wypełniam bardzo dokładnie. Zabraknie również spójności, bo mój umysł jest w permanentnym stanie pomieszania z poplątaniem i wypełniają go strzępki wszystkiego, począwszy od dziury w pasiastej skarpecie, poprzez kalanchoe na parapecie, którego nie mam, na bezsensie  świata skończywszy. 

Pisałam ostatnio, że chcę wrócić do naturalnego koloru włosów, które jeszcze przedwczoraj prezentowały się następująco:


W sumie kolor dalej bardzo mi się podoba, zwłaszcza po trzech tygodniach od zafarbowania, kiedy wściekle rubinowa czerwień spiera się do ładnego odcienia, który nie wygląda sztucznie, ale odrosty doprowadzają mnie do szału. Sięgnęłam zatem po ciemny blond, tym razem znów z Castinga, łudząc się naiwnie, że moje jaśnie nieporowate włosy potulnie przyjmą kolor. Do przewidzenia było, że się zbuntują i w efekcie moja czupryna mieni się jakimś dziwnym, ciemnym, czerwonym brązem. Nie powiem, wygląda całkiem ok. Ale, kurka, nie widzi mi się chodzić przez najbliższe 2-3 lata z odrostami. Zwłaszcza w fazie początkowej, kiedy wygląda to koszmarnie. Zachciało mnie się rudego, jasna cholera. I niby farbuję tylko szamponami koloryzującymi, ale mam świadomość, że z nieporowatych włosów dziadostwo się nie spierze do końca nigdy. Za wszelkie pomysły na sposoby najbardziej bezbolesnego powrotu do naturalnych włosów będę dozgonnie wdzięczna. 


Sukienka spędza mi sen z powiek. Kupiłam ją za oszałamiającą kwotę 18 zł głównie ze względu na śliczny materiał, który w gruncie rzeczy jest strasznie nietwarzowy (jak i cała sukienka). Strasznie lubię motyw róż, ale jestem wybredna pod tym względem i trudno mi jest znaleźć taki, który będzie mi odpowiadał ułożeniem wzoru, wielkością i kolorystyką. Sukienka ma kolor szaro-bury, różyczki wielkość mają idealną, są w kolorze przytłumionego różu i całość wygląda bardzo subtelnie. Tylko problem w tym, że ja w takim szaro-burym kolorze wyglądam źle, a w dodatku sukienka ma krój tak fatalny, że paskudnie leży na każdym a przy tym jest za krótka do moich masywnych ud. Stąd też pomysł, żeby przerobić ją na spódnicę, więc chwyciłam szmatkę w ręce i rączo pognałam uradowana do mamy, która miała ów plan zrealizować. Ale mama się zebrać nie może, bo to będzie skomplikowane i musi pomyśleć jak to zrobić. Ja nie przerobię, bo nie umiem, poza tym, nawet jakbym chciała, to mam zakaz zbliżania się do maszyny, ponieważ "maszyna do szycia jest jak samochód, każdy ma swoje indywidualne ustawienia i jak mi coś poprzestawiasz i rozregulujesz, to zginiesz marnie" (podpisano: Droga Rodzicielka). I tak sobie sukienka wisi na krześle od dwóch miesięcy, czekając na lepsze czasy a ja rozpaczam, bo taki potencjał się marnuje.



Co do zdjęć, muszę zainwestować w pilocik bezprzewodowy, bo nie mam komu robić zdjęć, a fotografowanie samej siebie za pomocą samowyzwalacza jest niesamowicie irytujące. No i przydałby się obiektyw do portretów, ach, przydałby się...

Jako, że mam ostatni tydzień wolności przed praktykami i z tego tytułu duuużo czasu na wykonanie śniadania, jadam ostatnio namiętnie omlety, w których się zakochałam (nie wiem, czemu akurat teraz). Nie lubię słodkiego o poranku, więc omlety są radośnie pikantne i prze-py-szne!

CHARLESOWE OMLECISZCZE
Składniki:
 - dwa jajka
 - odrobina mleka
 - pół łyżeczki masła
 - dwa plasterki wędliny drobiowej
 - plasterek sera żółtego
 - ćwierć papryczki chili
 - pół pomidora
 - plaster świeżego ananasa
 - posiekana nać pietruszki
 - sól, pieprz, czasem tymianek a czasem zioła prowansalskie
 - opcjonalnie sos czosnkowy

Przygotowanie:
Wędlinę, ser, papryczkę, ananasa i pomidora dość drobno pokroić, doprawić pietruszką i ziołami, wymieszać. Jajka z odrobiną mleka, solą i pieprzem roztrzepać aż się ciut spienią, wylać na rozgrzaną patelnię z rozpuszczonym masłem. Smażyć kilka minut, po tym czasie na połówkę omleta wysypać pokrojone składniki. Ja w tym momencie całość przykrywam pokrywką, żeby ser się rozpuścił i całość podgrzała, nie mam wiem jak wygląda prawidłowe robienie omleta :) Po kolejnych kilku minutach zsuwam omlet na talerz, składając go przy tym na pół, coby się pięknie prezentował. Całość świetnie smakuje z sosem czosnkowym, z którego niestety trza zrezygnować, jeśli ktoś się później wybiera do ludzi.
Wybaczcie jakość zdjęcia, ale z jedzeniem zawsze wpasuję się w taki moment, że światło nie sprzyja i wkradają się szumy. No i zazwyczaj jestem wtedy na tyle głodna, że nie mam cierpliwości i ręce mi się trzęsą :D


Zakupiłam wczoraj nasionka melisy, kocimiętki, ogórecznika i roszponki, teraz śledzę uważnie Dni Siewu i czekam na sprzyjający moment do wysiania, ale chyba się nie doczekam, bo według książeczki nastanie on dopiero we wrześniu. No cóż, ziółka będą musiały poradzić sobie z rośnięciem bez wsparcia faz księżyca i innych takich.

Żeby tradycji stało się zadość, na koniec kot (tym razem samca mego kotka o wdzięcznym imieniu Kotka Ja, ku rozpaczy A., mówię na nią Kitencja Ogonek):







sobota, 25 sierpnia 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła

Wróciłam wczoraj z mamą z tygodniowego pobytu na wsi (tak wiejskiej, że moja wieś wymięka), który tak bardzo mnie wyciszył i zrelaksował, że teraz mogłabym WSZYSTKO! To wspaniałe, że są jeszcze na świecie miejsca, gdzie czas płynie dwa razy wolniej niż normalnie, gdzie wszystko ładniej pachnie, smakuje i wygląda, gdzie ludzie są wobec siebie uprzejmi, bez względu czy znają się czy nie a relacje międzyludzkie są najważniejszą rzeczą pod słońcem. Spędziłam fantastyczny czas z częścią rodziny, której nie widziałam od prawie dziesięciu lat i jestem... zachwycona. I w pewien sposób wzruszona, bo nie spodziewałam się AŻ TAK ciepłego przyjęcia, takiej wylewności i autentycznej radości z naszego przyjazdu. A wiecie co jest najbardziej fenomenalne? Moja prababcia. Kobiecina w przyszłym roku skończy sto lat. Przeżyła dwie wojny, samotnie wychowała dwie córki (co jest nie lada wyczynem jak na tamte czasy), imała się wielu prac, doświadczyła ciężkiej niedoli i do tej pory ma siłę, by rano wstać z łóżka, nakarmić swoje kurki, wypielić chwasty, podlać kwiatki (które, swoją drogą, rosną u niej jak szalone) a wieczorami rozpalić w piecu. Zdarza się nawet, że trzeba babcię ściągać z drabiny, bo jej przyjdzie do głowy wieszać firanki. Najbardziej na świecie lubi cukierki musujące, które pochłania garściami a jak człowieka przytuli, to prawie łamie żebra. Nie mam pojęcia, skąd tyle siły w tak, wydawałoby się, kruchej istocie, ale jestem pod takim wrażeniem, że brakuje mi słów. 


Prababcia była zdecydowanie największą atrakcją, ale warto też wspomnieć o jej domku. Babcina chatka (zwana lepianką) stoi obok właściwego domu, gdzie mieszka reszta rodziny i często pełni funkcję domku gościnnego. Tak też było tym razem, co cieszy mnie niesamowicie, bo tam zawsze jest chłodno. Nawet, jeśli na zewnątrz słońce pali niemiłosiernie i nie da się wytrzymać, w babcinej lepiance panuje przyjemny chłodek. W czym tkwi tajemnica? W budulcu! Domek jest gliniany, jeszcze do niedawna dach pokryty miał strzechą. Został zbudowany gołymi rękoma przez ojca prababci, doszliśmy do wniosku, że ma przynajmniej 113 lat i chyba kwalifikuje się już jako zabytek. Zdjęcia TEJ lepianki nie mam (w sumie nie wiem czemu nie zrobiłam), ale mogę pokazać Wam domek bardzo podobny, z tym, że nie tak stary, za to regularnie ulepszany i odnawiany ale aktualni niezamieszkany.


Jako miłośnik spacerów, szwendałam się ile wlezie i gdzie się da, pogryzając po drodze jabłka, jeżyny i śliwki rosnące dosłownie WSZĘDZIE. Z głodu umrzeć tam nie sposób :) 
Spacery dostarczyły mi rozrywki w postaci biegania z aparatem za owadami (najwyższy czas zainwestować w porządny obiektyw), co przysporzyło mi niespodzianek, czasem dość przerażających. Pomijam włażenie w chaszcze po pachy, gdzie obłaziło mnie wszystko, co ma nogi a pajęczyny wyciągałam później z włosów po dwie godziny. Zdarzyło mi się, że w krzakach nieopodal coś ewidentnie dużego usłyszawszy moje kroki, rzuciło się do ucieczki, przyprawiając mnie prawie o zawał serca (omatkozojcem, zje mnie, staranuje, zagryzie, ukatrupi!). Ewidentnie duże coś okazało się być... łosiem. Zdjęcia nie mam, ale wrażenia niezapomniane. Dodatkowo, jako, że jestem kompletnie pozbawiona orientacji w terenie, zdarzyło mnie się nieco zabłądzić, ale jakoś w końcu trafiałam do domu. 




Kolejnym powodem, dla którego zakochać się można w tej małej, kujawskiej wiosce, są jeziora. Wspominałam już kiedyś o tym, że kocham pływać i kocham jeziora, więc nic dziwnego, że w wodzie i okolicach spędziłam mnóstwo czasu. Marzeniem moim jest mieszkać kiedyś nad jeziorem i pijać poranną kawę na pomoście. 



Koniecznie muszę też przedstawić Gucia z żałosną miną, psa-Chewbaccę, który przyplątał się na spacerze, napędził stracha a później nie odstępował na krok i najmniejszą jaszczurkę, jaką widziałam. Miałam pokazać też kota Macieja, który ma niesamowite obwódki wokół oczu i wygląda, jakby nosił wieczorowy makijaż, ale niestety, kot Maciej chadza własnymi ścieżkami i jak już udało się uchwycić go na zdjęciu, to z gracją się rozmazywał.




Po raz kolejny w życiu utwierdziłam się w przekonaniu, że jeśli budować dom i zakładać rodzinę, to tylko na wsi. Pókim młoda, mogę sobie siedzieć w Szczecinie, studiować, imprezować, tkwić w centrum zgiełku miejskiego, ale nie wyobrażam sobie spędzić tak całego życia. Ponoć ludzie w miastach żyją krócej ze względu na hałas a półgodzinna podróż autobusem komunikacji miejskiej stresuje nie mniej niż napięty dzień w pracy. No i nie kręci mnie bycie anonimowym, szarym człowiekiem, nie kręci mnie brak przestrzeni i zieleni. Ja muszę mieć ogród (albo przynajmniej dużo miejsca na doniczki), muszę mieć możliwość wyjścia w pidżamie przed dom, rozpalenia ogniska czy pójścia do lasu. I choćbym bardzo chciała, to szczerze nie rozumiem zatwardziałych mieszczuchów, którzy kompletnie nie dostrzegają uroków życia blisko natury.


PS. Zasiałam wczoraj nasionka papryczki chili, trzymajcie kciuki!
PS.2. Nie umiem zmniejszyć czcionki :(
PS.3. Cholerny blogspot strasznie psuje jakość zdjęć.
PS.4. Mam straszny problem z przecinkami :D